Przejdź do menu głównego Przejdź do treści

Szkoła ponad sto lat temu. Pytamy przy okazji Dnia Edukacji Narodowej

Dziś trudno wyobrazić sobie szkołę bez elektronicznych dzienników, komputerów czy tablic interaktywnych. A jak wyglądała nauka ponad sto lat temu? Z okazji Dnia Edukacji Narodowej zaglądamy dziś do dawnych szkolnych dokumentów, które pozwalają odtworzyć codzienność uczniów z naszego regionu.

szkoła ponad sto lat temu
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Szacowany czas czytania: 07:04

Jaka była szkoła ponad sto lat temu?

Takie materiały można znaleźć w Lubelskiej Bazie Uczniów, którą tworzą członkowie Lubelskiego Towarzystwa Genealogicznego. Nam szczegóły przedstawia historyk i członek towarzystwa Jacek Chojnowski.

Jacek Chojnowski: Okazuje się, że z czasów XIX wieku czy jeszcze z początków XX wieku, istnieją różne materiały, które powiedzą nam troszkę na temat szkoły, do której nasi przodkowie mogli chodzić. I są to przede wszystkim listy uczniów, z danych roczników szkolnych, są to kroniki szkolne, są to na przykład popisy, egzaminy czy nawet list z nagrodami dla najwybitniejszych uczniów. Warto podkreślić, że takie szkoły elementarne, czyli takie podstawowe, funkcjonowały w XIX wieku, czyli w czasach zaboru rosyjskiego, ale to były szkoły dobrowolne.

Jak wyglądał plan zajęć naszych przodków?

Jacek Chojnowski: Co jest na pewno takie wyróżniające się to to, że nauka trwała od poniedziałku do soboty, czyli nie 5 dni tak jak jest to dzisiaj obecnie tylko aż 6 i każdy dzień zaczynał się mszą świętą, mszą świętą w kościele. Później się szło na śniadanie, można było zjeść śniadanie, a tak około 9-10 godziny już odbywały się zajęcia. One tak trwały różnie, czasami do 14, z przerwą też na obiad, ale zdecydowanie ich było więcej ze względu właśnie na tą sobotę. Było też dużo religii, była też ministrantura, oprócz właśnie historii świętej było też czytanie, pisanie. Uczono się kaligrafii zarówno w języku polskim, doszedł też język rosyjski, no i oczywiście ta matematyka zwana arytmetyką.

Jak się okazuje szkoły w naszym regionie wprowadzały dodatkowe przedmioty – charakterystyczne tylko dla nas. Przykładem jest tu szkoła we Włostowicach.

Jacek Chojnowski: Te przedmioty, które wymieniłem do tej pory, to one były przeważnie w każdej szkole elementarnej, w takiej szkole podstawowej. Natomiast co mnie zdziwiło, to że w przypadku szkoły w Włostowickiej znajdował się dodatkowy przedmiot zwany ogrodnictwem. Być może jest to inicjatywa Izabeli Czartoryskiej, wiadomo znanej ze względu na Park Czartoryskich, którym się dzisiaj pewnie przechadzamy bardzo często i zwraca uwagę na pewno to, że uczono też z jej autorskich książek. (…)

Każdy z nas może na własną rękę poszukać informacji o dawnych szkołach i dowiedzieć się, co wyróżniało te w naszym regionie.

Jacek Chojnowski: Takie szkoły elementarne, te szkoły podstawowe funkcjonowały właśnie w całym zaborze rosyjskim i okazuje się, że tutaj, na naszym terenie też one funkcjonowały. Były we Włostowicach, w Końskowoli, w Końskowoli była jeszcze taka specyficzna sytuacja, że funkcjonowała jeszcze szkoła rzemieślniczo-niedzielna i to był odpowiednik dzisiejszego jakby technikum. Tam się można było wyuczyć na przykład na szewca, na konkretny zawód  i z tych wszystkich lat szkolnych zachowały się właśnie akta szkolne. I my czytamy właśnie te listy uczniów i tworzymy taką bazę danych, która jest ogólnie dostępna w internecie. Jeśli państwo wejdziecie sobie na stronę Lubelskiego Towarzystwa Genealogicznego, mamy zakładkę bazy i tam są opracowane przez nas materiały dotyczące kilku szkół działających na Lubelszczyźnie.

Dzięki pracy członków Lubelskiego Towarzystwa Genealogicznego można poznać między innymi nazwiska dawnych uczniów, dowiedzieć się, jak długo się uczyli i jakie osiągali wyniki.

Jacek Chojnowski:  Taką ciekawostką zachowaną na przykład dla szkoły elementarnej we Włostowicach jest na przykład taka lista. Jak mówiłem, szkoła była dobrowolna, ale nauczyciel szkoły we Włostowicach sporządził listę uczniów, którzy potencjalnie mogą chodzić na zajęcia, ale jak cytuję przez niedbalstwo rodziców ich nie posyłają i są wymienione nazwiska rodziców z ilością dzieci. Jeśli dobrze ich naliczyłem, to było ponad 80 dzieci, które po prostu nie były, posyłali do szkoły. Możemy zadać sobie pytanie dlaczego? Jeśli prześledzi się dokładnie te listy uczniów, to wychodzi na to, że dziecko chodziło tak wybiórczo albo w pierwszym kwartale, drugim, który był na jesieni i zimą, a już w trzecim kwartale, który był wiosną już na przykład nie.

Jak wielu mieszkańców naszego regionu mogło brać udział w zajęciach?

Jacek Chojnowski: Ilość była różna w zależności od miejscowości i miasta, na przykład jeśli chodzi o Końskowolę, to w jednym roku szkolnym było to ponad 100 uczniów. Zdarzały się właśnie takie liczby. Mogły uczęszczać zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, więc tu nie było po prostu dyskwalifikacji ze względu na płeć. Mogli też chodzić Żydzi. Jeśli chodzi natomiast o podział, to takowy podział też był wprowadzany, bo powiedzmy to były dzieci w różnym wieku, były od 5 roku życia nawet do 15 lat, więc ta dysproporcja wiekowa była ogromna.

Sprawdziliśmy też, czy w dawnych szkołach istniał podział na klasy lub grupy.

Jacek Chojnowski: Jeśli chodzi o czytanie, to dzielono na kilka oddziałów tak zwanych, czyli powiedzmy rozpoczynający, który uczył się po prostu czytać i powiedzmy oddział II, który już był wprawiony i już czytał trudniejsze, gotowe teksty. Największy podział był z kolei przy arytmetyce, czyli matematyce dzisiejszej, bo przeważnie dzielono to na 4 nawet 5 oddziałów i np. pierwszy taki początkujący uczył się pisać cyfry od 1 do 9, kolejny od 10 do 100, kolejne powiedzmy od 100 do 1000, a już taki najbardziej zaawansowany już do 100 000.

W materiałach zebranych przez lubelskich historyków oprócz dokumentów mówiących nam o uczniach, znajdziemy także te pokazujące, jak wyglądały niektóre placówki.

Jacek Chojnowski: Zachowała się rycina, na której jest przedstawiony budynek szkolny. Co ciekawe, w ogóle szkoła w Końskowoli została założona w 1821 roku, elementarna, jeszcze z inicjatywy Izabeli Czartoryskiej. Problem pojawił się wraz z likwidacją klucza dóbr Czartoryskich po powstaniu listopadowym, kiedy zostały one zarekwirowane właśnie przez władze rosyjskie, co skutkowało tym, że już rodzina Czartoryskich nie mogła finansować tej szkoły, która wcześniej była finansowana. Pojawił się problem, z czego będzie opłacana szkoła, zwłaszcza, że pierwotnie ona znajdowała się w wynajmowanym budynku. Czynsz był zbyt wysoki, dlatego mieszkańcy postanowili zbudować własną szkołę, własny budynek drewniany, który w 1836 roku został wystawiony. Zachowała się rycina i możemy zobaczyć, jak wyglądało wnętrze tego budynku. Znajdowała się tam jedna, wielka sala, w której uczyli się chłopcy, było też biurko dla nauczyciela, była osobna sala, w której uczyły się dziewczynki, ale było także mieszkanie danego nauczyciela, który nie tylko uczył w tej szkole, ale też mieszkał. Miał tam swoją sypialnię, swoją kuchnię ogrzewaną właśnie piecem  i był też dostawiony drugi budynek do tej szkoły, w którym mieściła się toaleta. Zarówno dla dziewczynek osobna, jak i dla chłopców. To było wszystko sfinansowane przez mieszkańców Końskowoli i też okolic. Zachowała się nawet lista, kto ile pieniędzy wyłożył, więc jesteśmy nawet w stanie powiedzieć, ile nasz przodek, powiedzmy, dał na zbudowanie tej właśnie szkoły.

Rycina szkoły w Końskowoli / fot. Archiwum Państwowe w Lublinie
Autorka: Weronika Szydłowska